Ora Et Labora

Wpis

poniedziałek, 24 maja 2010

Spory.

Po co właściwie prowadzimy spory? Przez zdecydowaną większość życia byłem przekonany, że po to, aby udowadniać swoją wyższość nad innymi. Trudno się dziwić: pogląd ten zdaje się tak dalece dominować, zarówno wśród zwykłych szarych ludzi, jak i postaci publicznych, że nie miałem skąd czerpać innych wzorców. Nie jest zresztą wykluczone, że miałem, tylko nie dostrzegałem – nie ma co zwalać własnych deficytów na marność środowiska, takie wrażenie może być równie dobrze wynikiem moich własnych ograniczeń. Z czasem jednak pogląd na istotę sporu nieco mi się zmienił. Zaryzykuję stwierdzenie, że na szczęście.

Uważam, że spór to coś więcej niż forma i terytorium zmagań – to narzędzie poszukiwań najlepszych rozwiązań, właściwej perspektywy, prawdy, etc.... Spór więc jest ze swej natury jak najbardziej konstruktywny i fakt, że najczęściej oglądaną wersją sporu jest spór destrukcyjny, wydaje mi się wynaturzeniem.

Jak się spierać, aby spór spełnił kryterium konstruktywności? Wydaje mi się, że to pytanie jest znacznie istotniejsze niż problem „jak wygrać spór”, przy czym – co muszę zaznaczyć – wydaje mi się tak od niedawna. Metody, jakie stosowałem w sporach wcześniej często pozwalały je wygrywać. Chwyty takie, jak krzyczenie głośniej od interlokutora, deprecjonowanie czy wyśmiewanie jego lub jej osoby pozwalały odczuć wyższość nad tą osobą, co dawało krótkotrwałą satysfakcję. Krótkotrwałą, bo pomimo zwycięstwa w sporze, często odniesionego przez poddanie, te spory nigdy niczego nie rozwiązywały. Wygrywałem spór ale nie stawałem się przez to ani odrobinę mądrzejszy. Spór miał więc sens tylko z punktu widzenia mało eleganckiego, bo przeprowadzanego kosztem innych osób, leczenia własnych kompleksów. Naprawdę długo to trwało zanim dotarło do mnie jak bezsensowne były te zachowania, mam więc niemały materiał do analizowania. Oto wnioski:

Przede wszystkim należy trzymać nerwy na wodzy. Często denerwuję się gdy mój rozmówca głosi pogląd, który wydaje mi się absurdalny i nie zmienia go pomimo moich argumentów. Tracę panowanie nad sobą i nawet, jeśli moje argumenty są mądre i logiczne, a jego głupie i nielogiczne, to zupełnie traci na znaczeniu. Zwłaszcza, jeśli zarówno jedne jak i drugie zostały wykrzyczane równie głośno. A jeśli argumenty rozmówcy okazują się lepsze niż nasze – co w tym złego? Jeśli rozmówca nas przekona, ukaże nam błędy naszego rozumowania i skoryguje je to bezwarunkowo staniemy się mądrzejsi. Uważam, że z tego powodu należy się raczej cieszyć niż wściekać.

Kolejną ważną rzeczą jest zdefiniowanie pojęć którymi się posługujemy. Jeśli używamy określeń nieprecyzyjnych to w sporze z kimś, kto zdefiniował pojęcia których sam używa nie mamy najmniejszych szans: wystarczy, że rozmówca tak długo będzie pytał o to, co mamy na myśli aż trafimy w ślepą uliczkę, albo sami sobie zaprzeczymy. Mistrzem tej metody był Sokrates, a przynajmniej jako takiego przedstawia nam go w swoich dialogach Platon.

Rzecz prawdopodobnie najważniejsza: nie należy zapominać o własnej omylności. Jeżeli za sporu chcemy wyjść mądrzejsi to nie wolno nam zamykać się na to, co mówi rozmówca. Gdy to robimy zupełnie pozbawiamy się jakichkolwiek szans na konstruktywny spór. Co więcej bardzo spadają szansę na jakiekolwiek owego sporu rozstrzygnięcie: jeśli nie będziemy się nawzajem słuchali to jakim cudem ktoś miałby kogoś przekonać?

Tak to właśnie wygląda w teorii. Jeśli przeczytaliście ten wpis i w mniejszym lub większym stopniu zgadzacie się z jego treścią - trzymajcie kciuki, aby udało mi się przenieść teorię na grunt praktyki.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
ora-et-labora
Czas publikacji:
poniedziałek, 24 maja 2010 23:13

Polecane wpisy